Zapach świeżych bułeczek z cynamonem nieznacznie poprawił Rufinkowi humor. Smażył właśnie porcję bekonu dla pana Eugeniusza i w trosce o jego zdrowie dołożył na talerz świeżego pomidora. - Dwa jajka sadzone! - warknęła Emma. Wetknęła głowę do kuchni i zlustrowała nieprzyjaznym spojrzeniem stertę talerzy w zlewie. Lisa, pomoc kuchenna, trwała przy oknie z głupawym uśmiechem na rumianej twarzy. - Talerze!- zachrypnięty głos Emmy przywołał okrągłą Lisę do rzeczywistości. Emma wskazała jej ostrym podbródkiem zlew i zniknęła w korytarzu łączącym kuchnię z kawiarnią. - Co ona taka dzisiaj nie tego - poskarżyła się Lisa, która trwała w stanie permanentnego roztargnienia od zeszłego piątku, kiedy to sympatyczny rudzielec na skuterze przyjechał po nią po pracy. Rufinek tylko się uśmiechnął. Emma zawsze była "nie tego". Dwóch dorastających synów, dorastających niebezpiecznie na krawędzi prawa, dostarczało jej niekończących się zmartwień i zdołało wyryć na jej twarzy głębokie bruzdy, bynajmniej nie od śmiechu. A teraz jeszcze "U Emmy" groziło zamknięcie, bo czynsz zdecydowanie przewyższał ich możliwości finansowe. Same katastrofy. - Kogo na to stać - zastanawiał się Rufinek. - Pewnie jakiś wypicowany bank się tu wprowadzi. Albo jakaś ą ę restauracja, gdzie będą serwować wymęczone surowe ryby za ciężkie pieniądze. Aż skrzywił się na taką myśl. Bo Rufinek wierzył w jedzenie świeże i proste. Pachnące i chrupiące.
- O taak.. Właśnie takie... - Rufinek zrzucił pastry bekonu z patelni na talerz i postawił na stoliku, z którego porwała go Emma. Lisa znów zapadła w swój sen na jawie i Rufinek przyjrzał się jej z sympatią. Za oknem szarość wzbogaciła się o drobne krople, które delikatnie, ale stanowczo przypomniały wszystkim, że jest jesień. Na Lisie nie zrobiło to żadnego wrażenia i Rufinek poczuł, że jej zazdrości.
- Żaba - pomyślał Rufinek na widok sekretarki, która przywitała go zza wielkiego biurka. Była to duża kobieta o szklistym spojrzeniu brązowych oczu i niepokojąco gładkim uśmiechu.
Na widok jej szefa, zasuszonego starszego pana, Rufinek nic nie pomyślał, ale przeniknęło go jakieś nieprzyjemne uczucie, coś jak w tym śnie, w którym ściana wody napierała na niego, a on stał nie mogąc się ruszyć, i wtedy...
- O co chodzi? W czym mogę pomóc? - zapytał właściciel agencji nieruchomości, która mieściła się na samym skraju Dzielnicy Ołówków. Na tyle blisko by szczycić się jej prestiżowym adresem, lecz wystarczająco daleko od centrum, by zajmować niepozorny budynek przykucnięty u stóp wieżowców. Samo biuro wyglądało na trochę zaniedbane. Na ścianach holu wisiały pożókłe plakaty przekonujące do picia mleka, na parapecie brudnego okna stał wyliniały wypchany lis i sztuczna roślinka w doniczce. W gabinecie pana Przebiegło na ścianie królował zegar z kukułką i wszechogarniający zapach kulek na mole.
Rufinek bez słowa wyciągnął zmięty list z kieszeni.
- Chcę się skontaktować z nowym właścicielem lokalu. - wyrzucił z siebie Rufinek na jednym wydechu.
Ostrożnie, samymi końcówkami palców, pan Przebiegło sięgnął po list. Pobieżnie przyjrzał się rzędom liter.
- No cóż, nie mogę panu pomóc. Mój klient wyraźnie zaznaczył, że nie życzy sobie ujawniania swojego nazwiska ani adresu.
- Ale przecież nie może podnieść nam czynszu dwukrotnie! - wykrzyknął Rufinek.
Pan Przebiegło popatrzył na Rufinka z chłodnym zdziwieniem.
- Oczywiście, że może. To jego własność. A między nami mówiąc, czynsze w tej części miasta poszybowały w ostatnich miesiącach. Macie szczęście, że utrzymaliście się tak długo. - mówił beznamiętnie i spokojnie, lekko przeciągając samogłoski i mlaskając, jakby to, co mówił bardzo mu smakowało.
Rufinek z całej siły ścisnął w ręku żółtą czapkę. Pan Przebiegło przypatrywał mu się ze złośliwą satysfakcją.
- Ale.. - chciał coś jeszcze powiedzieć Rufinek, kiedy na idealnie czystym biurku pomiędzy nimi zadzwonił telefon. Natychmiast cała uwaga pana Przebiegło skupiła się na czarnym ebonitowym aparacie ze staroświecką tarczą.
Rufinek sięgnął po list i wyszedł bez słowa. Ukłonił się sekretarce i zajęty swoimi myślami wyszedł nie obejrzawszy się za siebie.
A szkoda, bo wielka żaba z biurkiem seretarki jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywała się wielkimi wilgotnymi oczami w drzwi, za którymi zniknął. Pan Przebiegło w tym czasie potakiwał dudniącej słuchawce. Uśmiechał się szeroko, a imponujący garnitur jego zębów połyskiwał w świetle jarzeniówek. Imponujące sześćdziesiąt cztery sztuki wyjątkowo ostrych zębów.
Rufinek wisiał uczepiony rurki w kołyszącym się pociągu. Metalowa gąsienica wlokła się po rusztowaniach mostów. Ludzie stłoczeni w jej brzuchu ledwo mieli czym oddychać. A gąsienica sunęła w agonalnym tempie... Po szynach... Do przodu...
Rufinek przyglądał się Miastu, które leniwie przeciągało się za oknami. Ołowiane niebo kłuły wieżowce z Dzielnicy Ołówków, korytarze ulic tonęły we mgle. Jesień.
Generalnie, Rufinek nie miał nic przeciwko. Skoro musi, nich już sobie będzie, ta jesień. Wzruszył ramionami. Niewysoki facecik w płaszczu w kratkę chrząknął wymownie i wbił Rufinkowi kant swojej teczki głębiej pod żebro.
- Następna stacja: Doki Wielkiego Kanału. Proszę przygotować bilety do kontroli. Prosimy uważać przy wysiadaniu. - wychrypiał głośnik tuż nad głową Rufinka. Po chwili pociąg zatrzymał się i w zatłoczonym brzuchu gąsienicy rozpoczął się rytualny taniec, który miał na celu wypchnięcie na peron tych podróżnych, którzy postanowili uwolnić się z jej czeluści.
Po chwili Rufinek znalazł się na peronie, w samym sercu Dzielnicy Ołówków. Wbił ręce w kieszenie i ruszył do wyjścia z dworca. Strumień ludzi wpływał na stację, mężczyźni z rozluźnionymi krawatami, kobiety w sportowych butach, kłócących się z nienaganną linią ich ciemnych spódnic. Rufinek jako jedyny podążał w przeciwnym kierunku.
Z lotu ptaka wyglądało to tak - ciemna ruchoma masa spływała z wieżowców na stację. Jeden punkt z trudem przeciskał się w przeciwnym kierunku.
- Jak to jest - zastanawiał się Rufinek - że nie lubię się wyróżniać, a i tak zawsze idę pod prąd? Poprawił swoją żółtą czapkę z pomponem i ruszył dalej szczęśliwie nieświadomy kłujących spojrzeń przechodniów. I nie tylko ich.
Roland Śmierdziel nieufnie przyglądał się talii kart karnie złożonej w równy stosik. Siedział na brzeżku krzesła, w każdej chwili gotów zerwać się i uciec. Siedział sam, bo Rufinek uparł się zaprowadzić Maug do lekarza, który co prawda był specjalistą od krzywych zębów, ale w końcu co specjalista, to specjalista. No i do tego sąsiad.
- A mówiłem, niech zostawi te karty. A ona co? Nie słucha. No, nie słucha... - mamrotał Roland i międlił w rękach chusteczkę.
W końcu wrócili. Maug wciąż trochę blada, ale już zdecydowanie przytomna. Rufinek podekscytowany. Roland rzucił im urażone spojrzenie.
- Czego się dąsasz? - zapytała Maug.
Roland nic nie powiedział. Miał jej powiedzieć, że zostawianie go sam na sam z tymi dziwnymi kartami to co najmniej nietakt? Albo że takie niespodziewane omdlenia są niedobre dla zdrowia? Zdrowia Rolanda?
- Ale skąd się wzięło tyle tych Sądów Ostatecznych? - zapytał Rufinek. Potarł czoło wierzchem dłoni i nerwowo poprawił kaptur obszernej bluzy.
Maug sięgnęła po karty. Wprawnym ruchem rozłożyła je na stole. Tym razem każda była inna, a wśród nich jeden Sąd Ostateczny.
- Myślę, że karty próbują nas ostrzec. Albo ktoś, za ich pomocą próbuje coś nam przekazać. - powiedziała.
- Ale co?! - niecierpliwił się Rufinek.
Roland Śmierdziel niezauważalnie uniósł się na swoim krześle, cały spięty i gotowy do ucieczki.
- Myślę, że zbliza się katastrofa... - powiedziała ostrożnie Maug.
- Koniec świata! - wychrypiał Roland i przytknął chustkę do ust, jakby bojąc się, jakie jeszcze straszne słowa mogą się z nich wydostać.
Maug westchnęła.
- On to powiedział, nie ja. - zastrzegła komuś niewidzialnemu. - Ale ma rację...
Drzwi z dzwoneczkiem oznajmiły czyjeś przybycie. Prąd powietrza poruszył stadem świecidełek zawieszonych pod sufitem. Poruszone, wydały z siebie kaskadę delikatnych dźwięków i chaotycznych lśnień.
- Herbata!- zakomenderował Roland zwany Śmierdzielem. Wszedł na zaplecze sklepu z podrabianymi antykami i ciężko padł na wyściełane zielonym pluszem krzesło. Na okrągłym stoliku przykrytym białą szydełkową serwetą stał już czajniczek pod trzymającą ciepło czapeczką, pękata srebrna cukiernica, filiżanki i talerzyk z herbatnikami w czekoladzie.
- Mmm... Żałuje mi ciastek, skąpa kobieta - zamamrotał Roland i sięgnął sękatą dłonią po ciastko. - Nie radzę... - Maug pojawiła się nie wiadomo skąd. W ręku niosła dzbanuszek z mlekiem. - Skąpa. - Roland nie dawał za wygraną. - Pamiętasz, co powiedział lekarz? - zapytała Maug. Roland niechętnie odłożył ciastko. Maug nalała mleko do filiżanek, uzupełniła herbatą. Roland Śmierdziel ostentacyjnie posłodził swoją herbatę czubatą łyżeczką cukru i głośno zamieszał. - Skąpa. - powtórzył. - Co ona robi z moimi pieniędzmi? Kupuje se dom nad morzem, oto co robi. A mi żałuje. - mówił nie patrząc na Maug. - W tym miesiącu wyszliśmy na plus. Po raz pierwszy - powiedziała Maug.
- Mogę ciasteczko? - Roland Śmierdziel potulnie popatrzył jej w oczy. Skinęła głową. Drgnęły siwe kosmyki, lekko podwinięte na końcach. Obejmowała dłońmi filiżankę, jak zmarzniętego ptaka i patrzyła na Rolanda ponad oprawkami swoich szylkretowych okularów. Miała duże brązowe oczy, które patrzyły przenikliwie i poważnie. Za to kiedy się śmiała, mrużyła je w ciemne, przyjazne przecinki. - Rufinek przyjdzie. - powiedziała. - A po co? Ni ma pieniędzy, nic nie kupi, po co on tu? - marudził Roland. - Karty. - krótko wyjaśniła Maug. - Pfff... - staruszek aż się opluł z emocji. - Ona i te jej karty!
Maug popatrzyła na niego ostro, aż się skulił. Chwycił kolejne ciasteczko i pospiesznie zatkał sobie usta. Po raz kolejny rozległ się dzwoneczek zamocowany przy drzwiach i ktoś zawołał Maug z głębi sklepu. - Zachowuj się - rzuciła Maug w stronę Rolanda i wyszła na spotkanie Rufinkowi.
Kiedy po chwili usiedli przy okragłym stoliku, naburmuszony Roland udawał, że nie zauważa Rufinka. Maug tymczasem ignorowała Rolanda, więc panowała względna równowaga. Maug w ciszy tasowała karty. Rufinek siedział na niewygodnym krześle i z ciekawością przyglądał się zagraconemu zapleczu. Na dłuższą chwilę jego wzrok przykuło stare radio ze złotą siatką na przodzie i kulawa tancereczka z porcelany. Tymczasem Roland zmienił taktykę i przyglądał się Rufinkowi z jawną niechęcią. Maug nie zwracała na nich uwagi. Dotykała kart, a jej wzrok wydawał się jednocześnie skoncentrowany i rozkojarzony. W końcu pierwsza karta pojawiła się na stole.
Wszyscy troje zgodnie się nad nią pochylili. - Trąba, chmura, dziad - podsumował kartę Roland. Maug zmrużyła oczy. Wyłożyła drugą kartę. - Trąba, chmura, dziad! - ucieszył się Roland. Maug karty wypadły z ręki. - Same dziady! - entuzjazmował się Roland. - To niemożliwe! - szepnęła Maug. I zemdlała.
Sklep z antykami należał do starego Rolanda, który o wielu rzeczach już zapomniał, a zapominanie zaczęło się od mycia. Na początku nikt nie zwrócił na to uwagi, ale po jakimś czasie jego słaba pamięć stała się nie do wytrzymania. Wtedy pojawiła się Maug. Nie wiadomo skąd, ale na pewnie nie z Miasta, bo jej akcent nie pasował ani do Północy, ani do Południa. Już raczej do Dzielnicy Ołówków, jak nazywano wybujałe centrum nadźgane wieżowcami jak ołówkami. Z braku miejsca bujały się ponad niskimi chmurami: smukłe, błyszczące, wąskie - ołówkowe. Pracujący w nich ludzie mówili z dziwnymi akcentami i nie rozumieli pradawnego podziału Miasta na Północ i Południe z rzeką pomiędzy. Osiedlali się na peryferiach albo w modnych dzielniach portowych. Rzadko zapuszczali się w niższe dzielnice, gdzie stłoczone domki ukrywały przewidywalne wnętrza po dach wypełnione wąskimi korytarzami, stromymi schodami i pokojami jak pudełka zapałek.
Sklep z antykami mieścił się w takim właśnie domu, miał ciemnozielony drewniany front i odpowiednio staroświecki szyld, który był bodaj jedynym antykiem w całym sklepie. Całą resztę, Roland Śmierdziel kupował od wiecznie uśmiechniętych kolesi w skórzanych kurtkach, którzy znali się na antykach jak mało kto, chociaż żadnego nigdy nawet nie dotknęli. Ale interes jakoś się kręcił. Kolesie w skórach znali się na swojej robocie, Maug nosiła stosowne okulary w szylkretowych oprawkach i miała spokojny głos, który - jak podejrzewał Rufinek - miał właściwości hipnotyczne. Reklamacje prawie się nie zdarzały. Ceny były podejrzanie niskie, a "antyki" wystarczająco antyczne, by zadowolić wszystkich.
Roland Śmierdziel już właściwie wycofał się z interesu. Całe dnie oglądał seriale, całe wieczory spędzał w pubie. Nadal jednak kupował towar do sklepu, bo pomimo wieku i postępującej sklerozy, wciąż miał oko do udanych podróbek. Maug łatała luki w jego pamięci i z sukcesem prowadziła sklep. Zaczęła też rozszerzać ofertę zdobywając przy tym nowych klientów. Na wystawie pojawiły się egzotyczne meble z tłustego, pikantnie pachnącego drewna, bajecznie kolorowe lampy ze szkiełek, amulety ze szkła z bąbelkami i dziwne talie kart. Czasem Maug rozkładała karty na szklanej ladzie, tuż ponad fałszywą miśnieńską porcelaną i rzucała zagadkowe uwagi w stronę zdezorientowanych klientów. Część z nich wracała z pytaniami, a wtedy Maug zapraszała ich do pokoju na zapleczu i tam, przy okrągłym stoliku przkrytym szydełkową serwetą zadawała pytania kartom. Klienci wychodzili podniesieni na duchu i biedniejsi o kilka banknotów, a Maug kładła się spać z bólem głowy. Karty mówiły prawdę, ale to była ostatnia rzecz, jaką chcieli usłyszeć ludzie. A już na pewno nie za takie pieniądze.
Zwykle ciemne wnętrze sklepiku Związku Taksodermistów tego wieczora jarzyło się migotliwym światłem świec poutykanych w wymyślne kandelabry. Przed wejściem zgromadził się niewielki tłumek ciekawskich, których przyciągnęło nie tyle światło, co rząd limuzyn, z których wysiadało eleganckie towarzystwo. Panowie w szykownch frakach, panie obowiązkowo w czarnych sukniach i niebywałych nakryciach głowy. Pióra, motyle, małe ptaszki, a nawet jedna jadowicie zielona jaszczurka piętrzyły się na głowach bladolicych elegantek. Tłumek gapiów wstrzymywał oddech za każdym razem, kiedy otwierały się drzwiczki limuzyny i najpierw, powoli, ukazywała się wymyślna piramida z żywych kwiatów i martwych zwierząt, a potem ukazywała się cała kobieta w kreciej czerni. Dawało się słyszeć westchnienia ni to podziwu, ni przerażenia.
Rufinek obserwował całą scenę z zainteresowaniem. Taksodermiści intrygowali całą ulicę. Wiadomo było, że są na ulicy "od zawsze", że prowadzą mały sklepik z narzędziami do swojej pracy i że właściciel "Ryb i innych" zajrzał tam kiedyś jako dziecko. Podobno widok wyposażenia warsztatu taksodermii zapadł mu w pamięć na całe życie i od lat regularnie leczył skutki tego szoku w pubie naprzeciwko swojego sklepu. Sami taksodermiści pojawiali się w pubie raz w miesiącu. W milczeniu sączyli swoje piwo i ukradkiem przyglądali się gościom. Nie wdawali się w pogawędki i wyglądali jak stado czarnych ptaków przed odlotem.
Po raz kolejny otworzyły się przeszklone drzwi, przez które weszła do środka następna para. Przez chwilę widoczne było wnętrze sklepiku. Czarna aksamitna kotara zakrywająca przejście na zaplecze była podniesiona i Rufinek ze zdziwieniem zauważył, że zaplecze w sklepiku taksodermistów wcale nie kryło zagraconego wąskiego pokoju, jak we wszystkich innych sklepach w sąsiedztwie, które znał. Za kotarą kryła się pokaźnych rozmiarów sala, cała w ciemnej boazerii, z wielkim pajęczym żyrandolem zwisającym z sufitu jak czarna wdowa obwieszona biżuterią swoich ofiar.
Kotara szybko wróciła na swoje miejsce, ktoś na moment wetknął swoją zniecierpliwoną twarz między jej poły, oszklone drzwi się zatrzasnęły, podmuch powietrza zgasił świece w oknie, limuzyny odjechały i rozczarowani gapie zaczęli się rozchodzić. Rufinek przyglądał się jeszcze, jak dwie ubrane na różowo nastolatki przeszły nieświadome kontrastu przed czarnym frontem siedziby taksodermistów. - A ja bym chciała pójść na taki bal. - odezwał się ktoś tuż obok Rufinka. Była to Maug, sprzedawczyni w sklepie z antykami. - W takim czymś na głowie? - zakpił Rufinek. Maug się roześmiała. Ale po chwili spoważniała. Popatrzyła na Rufinka uważnie zza swoich wielkich okularów w szylkretowych oprawkach. - Wiesz... - zaczęła ostrożnie. - Kładłam dziś karty i...